26.07.2021

Zabrać mu auto czy ma płacić?

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział niedawno, że jeszcze w tym roku jego rząd przeforsuje prawo pozwalające na karanie pijanych kierowców powodujących wypadki przez zabieranie im pojazdów, którymi kierowali. Idę o zakład, że nie da się tego zrobić, bo władza nie przekona nawet swoich zwolenników aby zabierać u nas czyjąś własność nawet traktowaną jako narzędzie zbrodni.


Może do czasu pierwszego zwarcia posłów w Sejmie w powyższej sprawie ktoś dojdzie do wniosku, że zabierać samochód, motocykl a nawet rower, którym jakiś kretyn doprowadził do tragedii nie będzie dla nikogo korzystne. Po pierwsze co potem z takim samochodem zrobić? Wystawić go na licytację? Kto ma to zrobić? Sąd? Komornik? A może pozwolić skazanemu aby go wykupił? Po drugie pojazd uczestniczący w wypadku najczęściej jest uszkodzony, więc kto miałby je sprzedawać? A może naprawiać i dopiero wtedy proponować do kupna? Ostateczną decyzję poza tym byłoby można podjąć dopiero po uprawomocnionym wyroku, a przecież wiemy jak takie sprawy przed polskimi sądami ciągną się latami. Tymczasem przedmiot zarekwirowany skazanemu niszczałby na policyjnym parkingu szybko tracąc na wartości.

Dlatego myślę, że lepszym będzie rozwiązaniem zamiast brać sobie na głowę kłopot z owym „narzędziem zbrodni” po prostu nakładanie na skazanego grzywny w wysokości wartości pojazdu w chwili zdarzenia. Oczywiście będzie to kara dodatkowa w sprawie której zapada prawomocny wyrok. W ten sposób załatwi się także jeszcze jeden dyskusyjny problem, a mianowicie taki, że tak będzie można karać także tych, którzy popełnili przestępstwo kierując autem służbowym bądź pożyczonym.

Ponieważ zabić po pijanemu na drodze można zarówno 30-letnim rzęchem za tysiąc złotych, jak i nowiutkim Ferrari za milion, więc proponuję minimalną stawkę 50 tys. złotych.

Premier grzmiąc na pijanych w samochodach i na motocyklach użył nawet określenia drogowi bandyci. Rzeczywiście łobuz, który wsiadając za kierownicę tuż po wstaniu zza biesiadnego stołu czy też na pijackim kacu nie zasługuje na delikatniejsze określenie. Podobnie zresztą, jak ci, którzy to obserwowali i mu na to pozwolili.

Wszyscy jednak, którzy słyszą podobne deklaracje jak ta szefa rządu wątpią w jej realizację i są przekonani, że znowu na słowach się nie skończy. Prawo już teraz mamy przecież całkiem niezłe, ale cóż z tego skoro nie do końca skuteczne. Po prostu brak bowiem konsekwencji w karaniu tej grupy sprawców. Powszechne współczucie dla bandytów i tym razem może okazać się silniejsze. Oby nie!