Elektryka nie chcę nawet za darmo
Ryszard Marek Perczak
27.03.2021

Elektryka nie chcę nawet za darmo

W ostatnich latach jeździłem praktycznie wszystkim dostępnymi w Polsce samochodami osobowymi z napędem elektrycznym. Mimo, iż po tych testach mam o nich jak najlepsze zdanie to jednak na posiadanie takiego auta jeszcze bym się nie zdecydował, nawet gdyby mi go dawali darmo. Cóż mi bowiem po sprzęcie z którego korzystaniem jest póki co więcej kłopotów niż przyjemności. Dla mnie wszystkie minusy związane z elektromobilnością dotyczą sposobu „tankowania” prądu.


Mieszkam, jak większość w tym kraju w budynku wielorodzinnym. Chcąc ładować baterie prądem z gniazdka 230 voltów musiałbym albo ciągnąć przewód z mieszkania na drugim piętrze albo także około 10-metrowym kablem podłączać się do gniazdka znajdującego się we wspólnej piwnicy. Na czas ładowania, który za każdym razem trwa przynajmniej kilka godzin musiałbym blokować zamykające się drzwi co z pewnością przeszkadzałoby nie tylko sąsiadom, ale również mnie. Do najbliższej ładowarki typu wallbox mam koło kilometra, ale dostępne tam stanowiska są zwykle zajęte ponieważ można na nich czerpać prąd darmo. Z kolei najbliższa komercyjna ładowarka jest równo 5,5 km od mojego domu. Jednak i tam muszę spędzić co najmniej 3 – 5 godzin aby napełnić akumulator mający chociażby 20 kWh pojemności. Na takiej ilości pobranej energii mogę przejechać, jeżdżąc naprawdę delikatnie niespełna 150 kilometrów. W czasie ładowania z takiej ładowarki nie bardzo mam co z sobą zrobić, bo choć w pobliżu jest hipermarket to jakoś na systematyczne zakupy trwające po kilka godzin jakoś szkoda mi czasu.

Jednym słowem, gdy mam tracić czas na ogólnodostępnych stacjach ładowania to wolę mieć auto z silnikiem spalinowym i czas zaoszczędzony na tankowaniu paliwa płynnego spędzić chociażby z dobrą książką czy rozmowie z kumplami przy piwie.

Niedawno jeżdżąc elektrycznym audi za 40 minut tankowania prądu zapłaciłem trochę ponad 70- złotych. Pobierając ok. 35 kWh mogłem tym autem na tym zapasie przejechać jakieś 120 km. Czy jest to aż tak bardzo ekonomiczne? 2 złote za kWh to wcale nie jest najdrożej. A przecież pamiętajmy, że auto z napędem elektrycznym jest co najmniej o połowę droższe od porównywalnego modelu na benzynę lub ropę.

Nie bez znaczenia jest także sposób w jaki korzystam z samochodu. Otóż gdybym poruszał się tylko po mieście i miał możliwość ładowania baterii w domu oraz w miejscu pracy to wtedy elektryk ma sens. Tymczasem dość często muszę pokonywać dystanse przynajmniej 300-kilometrowe zatem i w czasie takiego wyjazdu musiałbym uwzględniać czas na ładowanie, więc nawet jadąc z Łodzi do Warszawy najsensowniej byłoby w stolicy nocować. Auto z silnikiem spalinowym nie zmusza mnie do takich posunięć.

Oczywiście od aut elektrycznych nie ma już odwrotu nawet gdyby się okazało, że w ten sposób nie ocalimy Ziemi od smogu. Do pełnej satysfakcji z ich korzystania jeszcze nawet w Norwegii daleko. Tymczasem do listy minusów elektromobilności mogę jeszcze dorzucić fakt, że auta na prąd są ciężkie, ze zużytymi bateriami nie bardzo wiadomo co zrobić, a produkcja energii na razie wcale nie jest taka eko.

Dlatego póki co nie zostanę ambasadorem żadnego auta na prąd, bo bilans korzyści i niedogodności jest zdecydowanie po stronie tych drugich. O plusach korzystania z samochodu na prąd napiszę innym razem.