09.05.2024

Czarne chmury nad „elektrykami”

Nadszedł ostatnio nie najlepszy czas dla aut elektrycznych. To, co się wokół nich dzieje przypomina nieco roller coaster. Najpierw ich sprzedaż hamowała wysoka cena i niski zasięg, a później względy bezpieczeństwa poprzez trochę za bardzo nagłaśniane pożary takich aut. Kiedy w końcu duża część społeczeństwa przekonała się do aut elektrycznych poprzez edukację, ale przede wszystkim poprzez różnorakie zachęty materialne i pozamaterialne, teraz zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy ostudzenia tego zapału. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka. Niektóre kraje wstrzymały subsydiowanie zakupów poprzez tzw. dopłaty. Pojawiły się też pierwsze głosy, że za produkcją tych aut nie nadąża infrastruktura.

 


Chińczycy chcieli zalać Europe swoimi autami elektrycznymi o trudnych do wymówienia nazwach, ale skończyło się to... zaparkowaniem ich pojazdów w portach europejskich. Chińskie auta po prostu zalegają wszystkie składy portowe począwszy od Rotterdamu, a skończywszy na Antwerpii i Zeebrugge. Po prostu nagle spadł popyt na te auta i nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. To poważny problem dla producentów, bo np. rozładowane i niedoładowywane baterie mogą trafić na złom, bądź w najlepszym przypadku mocno ograniczyć ich pojemność. Do tego wystarczy dołożyć, jako konsekwencje ograniczonego popytu, dramatyczny spadek wartości rezydualnych aut elektrycznych. Tracą one dużo szybciej na wartości niż te tradycyjne, spalinowe.

Czy to chwilowe zawirowanie? Moim zdaniem nie. Po pewnym okresie fascynacji „elektrykami” przyszedł czas na chwilę zastanowienia, bo: cena wysoka, realny zasięg wciąż za niski, koszty napraw wysokie, utrata wartości znaczna brak chętnych na auta używane. A na dodatek, i to chyba najpoważniejszy problem, za produkcją tych aut nie nadążała i dalej nie nadąża rozbudowa sieci stacji ładowania. To jakby przysłowiowy gwóźdź, może nie do trumny, ale sprawa jest bardzo, ale to bardzo poważna.

Mówi o tym dobitnie ostatni raport Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA). Wyznaczone wcześniej terminy zakończenia produkcji aut spalinowych są zagrożone jak nigdy dotąd. Są one po prostu nierealne. Bo sprzedaż aut elektrycznych rosła parokrotnie szybciej niż liczba stacji ładowania. Problem się nadal pogłębia, a dziura między produkcją aut, a instalacją punktów ładowania robi się coraz większa. Potrzeba zaangażowania gigantycznych środków, aby te dziurę zasypać. Innymi słowy w ciągu najbliższych 6 -10 lat musi powstawać 8 razy więcej punktów ładowania niż do tej pory. Obawiam się, że to plan przekraczający aktualne możliwości i realia.

Co zatem dalej z „elektrykami” i czy jest jakaś dla nich alternatywa ? Pewnie jest to wodór, ale tu też droga daleka do celu przez mocno ograniczony dostęp do stacji tankowania i cenę paliwa wodorowego.

W tej sytuacji największe szanse na rozwój będą miały hybrydy plug in. Bo zasięg na prądzie 50-60 kilometrów pozwala swobodnie poruszać się po mieście, ładowanie prostsze i krótsze (nawet ze zwykłego gniazdka, jeśli ktoś nie mieszka w bloku), a w razie braku prądu włącza się silnik spalinowy i dalej podróżujemy bez stresu.

Nie ulega wątpliwości, że przyszłość to prąd i wodór. Ale do całkowitego przejścia na te paliwa daleka droga. Zatem hybryda plug in i mild to póki co sensowne rozwiązania.
Według mnie napędzanie silnikiem spalinowym silnika elektrycznego czyli tzw. HEV to raczej melodia przeszłości, a nie przyszłości - to po prawdzie udawanie ekologii i mydlenie oczu.
Musimy zatem uzbroić się w cierpliwość, ograniczać konsekwentnie eksploatację aut z Euro 3 czy 4, dalej budować stacje / punkty ładowania i dalej pracować nad zmniejszaniem kosztów paliwa wodorowego. Tylko co zrobić z autami chińskimi, które nie mogą doczekać się na klientów i stoją w portach? Na szczęście to nie nasz problem.