Cierpienia jeżdżącego zgodnie z przepisami
Ryszard M. Perczak
14.01.2022

Cierpienia jeżdżącego zgodnie z przepisami

Tak się szczęśliwie składa, że już parę lat nie zapłaciłem w Polsce żadnego mandatu na drodze. W przeszłości, jeśli takowe miałem to oczywiście za przekroczenie prędkości. Nigdy nie były to jakieś wielkie przewinienia, ale jednak coś tam od czasu do czasu na moim punktowym koncie się zapisywało. Kiedy w tym roku drastycznie zaostrzono kary m.in. za zbyt szybko jazdę i inne grzechy drogowe postanowiłem sprawdzić czy da się u nas jeździć zgodnie z przepisami.



Jeśli był to teren zabudowany karnie jechałem najwyżej 50 km/h. W terenie niezabudowanym „wlokłem się" 90 km/h, a przed każdym przejściem dla pieszych zwalniałem i oczywiście nigdzie nie zdarzyło mi się przejechać po ciągłej linii. I co? Eksperyment trwał wprawdzie tylko kilka dni, ale wniosek jest jeden: u nas nie da się jeździć zgodnie z przepisami dlatego, bo jesteś zawalidrogą dla tych, którzy jeżdżą „normalnie". Nikt mnie wprawdzie nie pobił, ale czułem się źle, gdy widziałem za sobą sznur aut i co rusz wyprzedzający mnie potrzebujący szybciej jechać pojazd.

Któregoś dnia, kiedy próbowałem dostosować się do ograniczenia 20 km/h jadąc po uliczce osiedlowej, taksówkarz jadący za mną o mało nie wjechał mi w zderzak. Gdyby jeszcze jechał z pasażerem bądź po klienta to jakoś bym go rozumiał, ale gość popędzał mnie cały czas, by potem zjechać na wielki parking i stanąć zapewne w oczekiwaniu na zgłoszenie z okolicy przez radio. Myślę, że to rutyna wiecznego pośpiechu wywoływała u niego irytację, że ktoś przed nim próbuje jechać jak Bóg przykazał.

Oczywiście w terenie zabudowanym, a także na autostradzie byłem w jednym z najwolniejszych pojazdów, choć w każdych warunkach starałem się jedynie nie przekraczać dozwolonej prędkości, a nie jechać tak, aby w ogóle spowalniać ruch. To samo dotyczy zatrzymań przed przejściami dla pieszych czy wjazdów na skrzyżowania przy zapalającym się nawet nie pomarańczowym, ale już czerwonym świetle.

Mój test trwał przez kilka pierwszych dni tego roku, gdzie większość kierowców starała się szczególnie jeździć ostrożnie nie chcąc się narazić na horrendalnie wysoki mandat. Dziś już jeżdżę „normalnie", bo nie jest miło być popędzanym błyskami świateł czy klaksonem.

Przy okazji nasunął mi się jeszcze jeden wniosek. Otóż nawet jadąc zgodnie z przepisami moje czasy na pokonanie określonego dystansu wcale nie były dużo dłuższe od tych sytuacji, gdy ten sam odcinek pokonywałem jadąc szybciej tj. przekraczając dozwoloną na tej drodze prędkość. Wydaje mi się, że nie zdajemy sobie sprawy, ile tak naprawdę zyskujemy czasu, a ile tracimy wtedy, gdy jedziemy „na łeb na szyję" by potem albo utknąć w korku, albo na autostradzie tracić czas, gdy jedna ciężarówka wyprzedza przez kilka minut drugą.